O pokorze w podróży, bo nie zawsze wszystko się udaje

SONY DSC

O tym, czego uczą podróże napisano już dziesiątki tekstów – pozwalają odkrywać inne kraje, kultury, społeczeństwa i kuchnie, uczą tolerancji, zrozumienia i szacunku dla drugiego człowieka, dają dystans do życia codziennego, pozwalają wyrwać się z codzienności wyciszyć się, naładować baterie … Ale przecież nie zawsze w podróży jest różowo i nie wszystko się udaje. I bardzo dobrze, bo to właśnie w takich momentach możesz nauczyć się najwięcej. Nie o świecie, nie o innych, ale o samym sobie.

Kiedy kilka lat temu jechaliśmy do Włoch, postanowiliśmy jechać tam nie na raz, nie z jednym postojem, ale przez cały tydzień, żeby zobaczyć kilka miejsc po drodze. Wybór padł na Węgry i Słowenię, byliśmy tam oboje, ale nigdy razem. Spokojną, leniwą podróż zmącił wyciek z samochodu. W pewnym momencie Łukasz zauważył, że ciągnie się za nami smuga jakiejś cieczy, najpierw bardzo niewyraźna, ale z każdą chwilą coraz intensywniejsza. Moja pierwsza myśl „To tylko woda z klimy”, ale Łukasz szybko sprowadził mnie na ziemię. To nie woda, a ropa. Przez chwilę próbowałam zaklinać rzeczywistość i przekonać Łukasza, że to niemożliwe. Bardzo chciałam, żeby to była woda. Akurat miałam urodziny i wyobrażałam je sobie zupełnie inaczej. Mieliśmy być zaraz nad Bledem, a potem pójść na długi trekking w góry. Byłam zła, pogoda była piękna, miałam wybrany szczyt do zdobycia i trasę, powinniśmy być na niej za godzinę, żeby się wyrobić, a nie mogliśmy zostać tam dnia dłużej, bo kolejnego musieliśmy być we Włoszech. Poza tym jak to możliwe, samochód akurat chwilę wcześniej był na przeglądzie i wszystko jest w porządku?

Serwis w Polsce skierował nas do najbliższego ASO w okolicy, czyli do Ljubljany, mieliśmy do pokonania około 70-80 km. Niby nie dużo, ale z wyciekiem paliwa każdy kilometr się dłuży, a los zgotował nam jeszcze niezły korek na autostradzie do Ljubljany. Nie dało się z niej zjechać i objechać sznura samochodów. Piękne urodziny. W korku, z wyciekiem paliwa i zaniepokojonym Łukaszem. Po drodze „wyparowało” nam pół baku. Dobrze, że była to ropa, a nie benzyna, bo wtedy zrobiłoby się naprawdę niebezpiecznie i na pewno nie pojechalibyśmy dalej. Po kilku godzinach dojechaliśmy. Czekał na nas przemiły Pan w białej koszuli i spodniach w kancik. Zakasał rękawy, założył rękawice i otworzył maskę. Coś tam pogrzebał i poprosił Łukasza, żeby odpalił silnik. „O, tu jest wyciek” – powiedział. „Ta śrubka się poluzowała, wystarczy ją dokręcić. Wymyjemy podwozie i możecie jechać dalej”. Z jednej strony ulga, z drugiej nie wierzyłam własnym uszom, popsuty cały dzień i pokrzyżowane plany przez jedną, głupią śrubkę! Po pół godzinie byliśmy nad Bledem, ale na góry mogliśmy tylko popatrzeć znad tafli jeziora lub łódki.

Czego mi wtedy zabrakło? Pokory. Zwykłej pokory, żeby ze spokojem przyjąć to, co się przytrafiło. Zamiast cieszyć się, że wszystko się skończyło i udało się złapać ostatnie promienie zachodzącego słońca wiosłując łódkę po Bledzie, rozpierała mnie złość, że nie poszliśmy w góry. Patrzyłam na nie niemalże ze łzami w oczach, zamiast cieszyć oczy ich pięknym widokiem. Ale złość kiedyś mija, wtedy dobrze popatrzeć na nią z perspektywy czasu i pomyśleć sobie: jaka ja głupia byłam i ile pięknych chwil popsułam sama sobie i przy okazji Łukaszowi. Plany w podróży są po to, żeby je zmieniać i się do nich nie przyzwyczajać, a każde doświadczenie jest cenne. Teraz staram się nie popełniać takich błędów i cieszę się tym co jest, a nie tym co mogłoby być. Jakiś czas temu wybraliśmy się na rejs po Morzu Śródziemnym – miała być Sardynia, Bonifacio na Korsyce, a potem Minorka i Majorka. Najbardziej nie mogłam doczekać się trzech dób na otwartym morzu pomiędzy Korsyką a Balearami. To było wyzwanie – nie wiedziałam jak zareaguje mój organizm, w końcu super doświadczonym żeglarzem nie jestem. Ale po dobie od wypłynięcia z portu na Korsyce straciliśmy śrubę od silnika, płynięcie dalej i wpływanie do portu w Mahon było zbyt niebezpieczne, musieliśmy wrócić na Sardynię. Jachtu nie dało się szybko naprawić. Zamiast rejsu, Majorki i Minorki było przez kilka dni Alghero i okolice. I wiecie co? Pomimo kilku stresujących sytuacji, dyskusji z armatorem i kapitanatem, bardzo dobrze wspominamy ten wyjazd. Trudno, nie opłynęliśmy Balearów, ale i tak było fajnie! Wiele się też nauczyliśmy zarówno o różnych aspektach żeglowania, jak i sytuacjach międzyludzkich oraz poznaliśmy fajnych ludzi, których nie poznalibyśmy, gdybyśmy płynęli dalej. To samo zdarzenie dla jednej osoby może być niezłą przygodą, a dla drugiej koszmarnym przeżyciem. Wszystko zależy od naszego nastawienia i świadomości, od tego co siedzi w naszych głowach.

Dzisiaj mieliśmy rozpocząć naszą kolejną, tym razem krótką podróż. Niestety tylko mieliśmy, bo od tygodnia leżę zakopana w łóżku ze stertą chusteczek i gorączką. Wczoraj poczułam się lepiej, gorączką spadła, stanęłam na nogi, jedziemy! Szybko nas spakowałam. Wszystko gotowe. Ale poranny atak kaszlu, który mało mi nie rozerwał klatki piersiowej, był jak zimny prysznic. Cóż, pojedziemy kiedy indziej, przecież wszystko da się przełożyć, przeżyć w innym momencie, Litwa nam nie ucieknie, może za miesiąc dwa będzie ładniejsza niż w taką paskudną pogodę i wtedy zobaczymy i przeżyjemy więcej?

21 komentarzy

  • Faktycznie, nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem. Ale wlasnie w takich sytuacjach podroze to najpepsza szkola zycia.

  • Skąd ja to znam. Zepsuta pompa na jachcie, nie mieliśmy wody w kranach, też trzeba było zmieniać plany. Albo wyjazd w podróż poślubną, który skończył się wypadkiem samochodowym koło Zadaru, a miało być nurkowanie na Hvarze. Ale ja osobiście uważam, że czasem się psuje coś, żeby potem mogło być coś jeszcze lepszego!

  • Każdy podróżnik, prędzej czy później, natknie się na jakiś problem. Czy to odwołają samolot, czy to posypie się samochód na trasie (u nas stanadrd), albo ktoś zachoruje. Liczy się to, jak zachowamy się w tej sytuacji i czy będziemy potrafili znaleźć (mimo wszystko) jakiś pozytyw.
    Po wielu perypetiach, nauczyliśmy się przyjmować się kłopoty niczym dobrodziejstwo inwentarza, w końcu i one mogą stać się początkiem nowej, niespodziewanej przygody…
    https://www.eryniawtrasie.eu/6653
    Spora prawda tkwi w twierdzeniu, że najdalsza podróż jest w głąb siebie…

  • Na szczęście doświadczenie uczy radzić sobie w takich sytuacjach. W domu przed tv tego nie sprawdzimy. Tej teorii z książek i filmów.

  • Jest dokladnie tak jak piszesz, a najbardziej podoba mi sie moment o pokorze i braku radosci z tego co sie otrzymalo. Wielokrotnie sam gonie za czym wiecej i wiecej, podczas gdy piekno czesto przechodzi obok mnie, w codziennych sytuacjach. Najlepsze jest zatem nastawienie, ze wszystko co nas spotyka w podrozy to jest i tak cenniejsze niz siedzenie w domu ;)°!

  • Pokora i chęć akceptacji tego co los przyniesie – swoją drogą czy jest się sens wkurzać na wyjazdach? Stanie się coś (lub) nie i już – co można zrobić.

  • Pokora w podróży i ogólnie pokora w życiu – to jedna z dewiz, którymi się kieruję w życiu. Z chęcią przeczytam posta!

  • Lekcje pokory dawały mi kilka razy góry. Raz było to w moich rodzimych Górach Świętokrzyskich. Była zima, chcieliśmy z kumplem przejść główny szlak mający ponad 100km. Myśleliśmy,że będzie to pikuś. Ale musieliśmy się po paru godzinach wycofać. Wiał wiatr, ośnieżone i oblepione lodem gałęzie łamały się na nas. Było wyjątkowo nieprzyjemnie a małe i niebyt groźne góry pokazały swe drugie,dość przekorne oblicze.

    • Idąc w góry trzeba mieć bardzo dużo pokory i rozsądku inaczej może to się bardzo źle skończyć. A niżesz góry jak Świętokrzyskie czy Bieszczady bardzo często są przez ludzi lekceważone..

      • Dokładnie, choć wydawało mi się, że góry, które znam od dziecka niczym mnie nie zaskoczą. Do wszystkich gór mam respekt ale od tamtych wydarzeń również do tych małych i niepozornych.

      • Oj, coś o tym wiem, nie tak dawno sama byłam powodem akcji ratunkowej GOPR. Po kilkunastu latach chodzenia po górach, z powodu załamania pogody w środku zimy zgubiłam się na szlaku, który znałam jak własną kieszeń…

Dodaj komentarz