Garmisch-Partenkirchen: narty, skocznia, Lüftlmalerei, Bierschnaps i okolice

On 7 marca 2017 by zlotaproporcja.pl

Historia powstania Garmisch-Partenkirchen jest tak nietypowa, choć ciężko znaleźć tu odpowiednie słowo, że postanowiliśmy Wam ją pokrótce opowiedzieć. Jeszcze sto lat temu Garmisch i Partenkirchen były całkowicie odrębnymi miasteczkami, położonymi na przeciwległych brzegach rzeki Partnach, i nic nie wskazywało, że połączą się w jedną miejscowość. Wydawało się to wręcz niewyobrażalne, ponieważ mieszkańcy od dawien dawna nie pałali do siebie sympatią. Tak bardzo, że mieszane małżeństwa były ujmą na honorze. Wszystko za sprawą historii.

Najpierw było Partenkirchen. Miasto bogatych, rzymskich kupców o nazwie Partanum  powstało na trasie znanego szlaku handlowego. Wieki później na te tereny przybyło plemię bawarskie, ale mieszkańcy Partenkirchen nie chcieli, aby nowi przybysze budowali się pomiędzy ich domami. Bawarczycy założyli więc własną osadę na drugim brzegu rzeki. Tak powstało Garmisch.  Na początku mieszkańcom wiązanie końca z końcem przychodziło trudno i z zazdrością spoglądali na bogatych sąsiadów zza rzeki. Nie mieli złóż ani koneksji handlowych, ale mieli ogromne zasoby drewna, na którym z czasem zaczęli budować biznes. Oczyścili koryta rzeki, zbudowali transportowe tratwy i zaczęli sprzedawać drewno do krajów europejskich czy tez do Turcji.

Ludwigstraße – główna ulica Partenkirchen i dawny szlak kupiecki

Przez lata wszyscy żyli blisko siebie, ale dzieliła ich wzajemna niechęć. Aż nastał rok 1935, kiedy to Hitler postanowił zorganizować zimowe Igrzyska Olimpijskie i nakazał miastom połączyć się w jedno. Mieszkańcy obu miasteczek po raz pierwszy byli zgodni, sprzeciwili się tej decyzji, ale naziści byli nieugięci i postawili im skuteczne ultimatum, albo się połączycie, albo wywieziemy Was do Dachau. Rok później w połączonym Garmisch-Partenkirchen odbyły się zimowe Igrzyska Olimpijskie. Wspólny początek był trudny, ale jak wiadomo czas leczy rany i dziś z dawnych niesnasek pozostały głównie żarty, a dzięki Igrzyskom Olimpijskim piękne narciarskie tradycje.

Garmisch-Partenkirchen na narty i snowboard

Choć Garmisch-Partenkirchen kojarzy się wielu przede wszystkim ze skokami narciarskimi i Adamem Małyszem, ale to nie skocznia a stoki narciarskie były głównym celem naszego ostatniego wyjazdu do Bawarii. W Garmisch-Partenkirchen są dwa duże ośrodki narciarskie ze znanymi trasami, na których rozgrywane są także zawody Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim. Zugspitze to jedyny niemiecki ośrodek narciarski położony na lodowcu, pisaliśmy o nim szczegółowo w tym poście: Zugspitze zimą – narty na dachu Niemiec, nie będziemy więc się powtarzać. Trochę niżej jeździ się w Garmisch Classic, położonym na zboczach trzech górskich szczytów: Hausberg, Kreuzeck oraz Alpspitze. W sumie jest tu40 kilometrów (razem z Zugspitze ponad 60 kilometrów) niebieskich, czerwonych i czarnych tras.

Najsłynniejsza czarna trasa to Kandahar, idealna dla doświadczonych narciarzy lubiących strome stoki – różnica wysokości wynosi na niej aż 940 metrów. Nam świetnie jeździło się na czerwonej i bardzo długiej trasie Olimpia, choć w warunkach, które mieliśmy, czyli na mocno oblodzonym śniegu, wiele osób sobie na niej nie radziło na najbardziej stromych odcinkach. Sporo czasu spędziliśmy także na samej górze zjeżdżając czerwoną trasą z Osterfelderkopf do kolejki Hochalmbahn. Ludzi było tam niewiele, do tego odcinki, na których można się fajnie (i bezpiecznie!) rozpędzić. Na tej trasie jest też jeden z bardziej malowniczych momentów – wąska przełęcz pomiędzy zboczami. Często łączyliśmy też tą trasę z Olimpią i wjeżdżaliśmy na górę Alspitzbahn, wariantów jest tu całkiem sporo i każdy powinien znaleźć trasy odpowiednie dla siebie.

Poczuć się jak Kamil Stoch i Adam Małysz  – na szczycie skoczni Große Olympiaschanze

Po całym dniu na stoku wdrapaliśmy się na szczyt skoczni K125, na której miesiąc wcześniej  Kamil Stoch świętował swoje kolejne zwycięstwo. Große Olympiaschanze w Garmisch-Partenkirchen to jedna z najnowocześniejszych skoczni.  Zastąpiła ona stary obiekt, który pamiętał jeszcze czasy Igrzysk Olimpijskich w 1936 roku. W 2007 roku został on wysadzony za pomocą ładunków wybuchowych umieszczonych w 28 miejsca. Zdjęcia z wyburzania można zobaczyć podczas zwiedzania skoczni.

Co oznacza K125? To punkt konstrukcyjny skoczni, w którym zaczyna się ona wypłaszczać. Im bardziej skok przekracza punkt konstrukcyjny, tym większemu ciśnieniu poddawane jest ciało skoczka przy lądowaniu. Według naszej przewodniczki, przy lądowaniu na 130 metrze ciśnienie 3-4-krotnie przewyższa wagę skoczka i wynosi ponad 200 kg. Całkowita abstrakcja, przynajmniej dla nas, bo na młodych skoczkach, którzy akurat mieli trening na skoczni K80 zupełnie nie robiło to wrażenia. Zwiedzanie skoczni trwa aż dwie godziny. Zaczęliśmy od spojrzenia na nią z samego dołu, z zeskoku, na którym lądują skoczkowie, potem weszliśmy do budynku sędziów i trenerów. Wyobrażaliśmy je sobie zupełnie inaczej, w rzeczywistości to małe klitki o wielkości może 2 m2, widać to bardzo dobrze na filmie. 

Najciekawiej było oczywiście na samej górze. Podejście nie jest trudne, ale trzeba mieć trochę kondycji, dwie osoby z grupy zrezygnowały w połowie drogi. Windy i wyciągi zarezerwowane są wyłącznie dla skoczków, na skocznię wchodzi się po jezdni, a schodzi schodami nazywanymi stairway to heaven albo to hell w zależności, z którego je pokonujesz. Fajnie było przez małą chwilę poczuć się jak Stoch i Adam Małysz spoglądając w dół z poziomu belki. Niestety nie pozwolono nam na niej usiąść. Widok na miasto z góry zapiera dech w piersiach, pogoda postanowiła go jeszcze podkręcić i z samego szczytu ujrzeliśmy tęczę nad miastem. Najciekawsze jest to, że z dołu skocznia wydaje się bardziej stroma niż odczuwa się to na samej górze.

Lüftlmalerei – bawarski „street art” z wielowiekowa tradycją

Po raz pierwszy zobaczyłam je podczas poprzednich podróży do Bawarii, ale dopiero w Garmisch-Partenkirchen poczuliśmy w pełni ich urok i intensywność. Lüftlmalerei, bo o nich mowa, towarzyszyły nam niemalże na każdym kroku. Pod tą nazwą kryją się piękne malowidła pokrywające elewację domów, taki swojski bawarski street art z wielowiekowa tradycją.  Dom jednego z najbardziej znanych malarzy Franza Serapha Zwincka nazywany był Lüft (co oznacza powietrze) i najprawdopodobniej od tego nazwa wzięła się stylu.

Malowidła nie są bowiem przypadkowe. Bardzo często można wyczytać z nich wiele o właścicielu, jego zawodzie i charakterystycznych cechach całej rodziny. Popularne są także motywy religijne, ale najważniejsze jest to, że nadają ulicom niezwykłego uroku, malowniczości i charakteru, a same budynki przemieniają w małe dzieła sztuki. Większość Lüftlmalerei w Garmisch-Partenkirchen pochodzi z XX wieku. Wszystko za sprawą pożaru, który strawił starsze malowidła. Lüftlmalerei z XVII wieku znaleźć można za to w okolicznych miejscowościach np. w Oberammergau czy w Mittenwald.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Zupa preclowa i Bierschnaps, czyli co zjeść w Garmisch-Partenkirchen

„Musicie spróbować nasz Bierschnaps, specjalność tego miejsca!” – powiedziała nam właścicielka rodzinnej, bawarskiej knajpy w Gasthof Fraundorfer, w której jedliśmy kolację, kiedy szykowaliśmy się do wyjścia. Przykuła ona naszą uwagę już na samym wejściu, pilnowała, aby wszystko grało jak należy i dyrygowała knajpą jakby była orkiestrą. Nie mogliśmy jej odmówić, choć likier piwny podawany na ciepło z bitą śmietaną brzmiał trochę egzotycznie. Na szczęście smakował wyśmienicie! Kwaśna śmietana komponowała się w smaku z likierem idealnie, nie mówiąc o efektach wizualnych, likier z dalszej odległości można pomylić z degustacyjnym kufelkiem piwa.  A piwa też są tu znakomite, w końcu jesteśmy w Bawarii, piwnym raju.

Ale wróćmy do jedzenia. W menu niemal każdej knajpki i restauracji znajdziesz Schweinebraten (pieczeń wieprzowa) i Schweinehaxn (golonka wieprzowa) z obowiązkowym Kartoffelknödel. Porcje są ogromne, ani razu nie byliśmy w stanie ich przejeść. Dobra golonka powinna mieć chrupiącą, rumianą skórkę, nam udało się zjeść także golonkę w sosie z ciemnego piwa, był znakomity. W Bawarii popularne są także potrawy z jelenia, warto ich spróbować. Może to być gulasz albo pieczeń z jelenia.

Naszym największym odkryciem w Garmisch-Partenkirchen była natomiast zupa preclowa. Jeżeli byłeś w Bawarii, pewnie wiesz, jak popularne są tu precle podawane z norymberskimi kiełbaskami i słodką bawarską musztardą. Ale z precli można zrobić także pyszną zupę. Wystarczy podsmażyć je z czosnkiem  i dodać do mięsnego rosołu. Po nartach rozgrzewa idealnie i jest znakomita. Znajdziecie ją na pewno w restauracji Flosserstube.

Atrakcje w okolicy Garmisch-Partenkirchen: wąwóz Parnach, Pałac Linderhof i Klasztor Ettal

Zaczniemy od miejsca, które jest najbliżej. Wąwóz Partnach, bo o nim mowa, w zimie ponoć wygląda najpiękniej. Ponoć, ponieważ z powodu pogody nie było dane nam go odwiedzić. Wystarczyło, że w w miasteczku było kilka stopni na plusie, aby wąwóz został zamknięty. Rozumiemy zagrożenie i nie chcielibyśmy oberwać spadającym soplem, ale bardzo żałujemy, że nie udało nam się go zobaczyć, bo na zdjęciach, które widzieliśmy wygląda naprawdę bajkowo. Więcej szczęścia miała Iza z Love Traveling, jej udało się wejść zimą do wąwozu.

W drodze na lotnisko zajechaliśmy natomiast do jednego z wielu pałaców Ludwika Bawarskiego. Pałac Linderhof zaskoczył nas na początku wielkością. Zazwyczaj pałace budowane są z rozmachem i przetłaczają wielkością, w tym przypadku jest dokładnie inaczej. Kiedy doszliśmy do pałacu, w pierwszej chwili myśleliśmy, że jest to jeden z zewnętrznych budynków. Ale innego budynku w okolicy nie widzieliśmy, a mapka wskazywała właśnie na to miejsce. I nie pomyliła się. Po wejściu do środka kolejne zaskoczenie. Choć z zewnątrz pałac Linderhof może zaskoczyć skromnymi rozmiarami, wewnątrz uderza niewyobrażalny przepych i bogactwo skumulowane na tak niewielkiej przestrzeni. Złoto, freski, sala lustrzana, żyrandol z kości słoniowej sprowadzany z Indii, chińska porcelana… trzeba to zobaczyć na własne oczy. Wszystko w stylu Ludwika Bawarskiego, ten kto był we wnętrzu zamku Neuschwanstein, pewnie rozumie, co mamy na myśli. Sam zamek znajduje się 56 km i godzinę samochodem od Garmisch Partenkirchen, przeczytasz o nim pod tym linkiem, jeżeli masz więcej czasu i ochotę na dalszą wycieczkę, polecamy się tam wybrać.

Kilkanaście kilometrów od Pałacu Linderhof znajduje się klasztor Benedyktynów w Ettal, całkowite przeciwieństwo Pałacu Linderhof. Klasztor jest monumentalną konstrukcją we wnętrzu uderzającą skromnością i prostotą, ale przecież w takim miejscu nie powinno być inaczej. Warto tu zajechać, bo budowla naprawdę robi wrażenie. Warto też zajrzeć do klasztornego sklepiku, w którym kupisz słynne piwo Ettal wytwarzane przez Benedyktynów. My przywieźliśmy coś jeszcze, poduszki wypełnione pachnącymi ziołami. Po kilku tygodniach pachną równie mocno jak na samym początku.

Informacje praktyczne:

  • Spaliśmy w przyjemnym apartamencie Gästehaus Hauterer Jörgl położonym blisko centrum Garmisch oraz kolejki Zugspitzebahn. Jeżeli jesteś fanem skoków narciarskich idealnym miejscem na nocleg będzie Pensjonat Olimpiahaus (klik!), którym również spaliśmy i który położony jest na terenie skoczni olimpijskiej. Z części balkonów jest widok na skocznię.
  • Informację o otwartych trasach i wyciągach oraz mapę tras narciarskich w Garmisch-Partenkirchen znajdziesz pod tym linkiem.
  • Parkingi w Garmisch-Partenkirchen przy ośrodkach narciarskich są bezpłatne.
  • Do Garmisch-Partenkirchen dojechaliśmy samolotem i samochodem wypożyczonym na lotnisku. Z lotniska w Monachium jedzie się samochodem niewiele ponad godzinę. Z lotniska można dojechać także pociągiem z przesiadką w Monachium, ale wypożyczenie samochodu w naszym przypadku wychodziło cenowo podobnie.

Wszystkie posty z Bawarii:
Bawaria

Wszystkie posty z Niemiec:
Niemcy

Do Garmisch-Partenkirchen pojechaliśmy we współpracy z Organizacją Turystyczną Bawarii oraz Garmisch-Partenkirchen.

Lubisz nasze wpisy? Udostępnij je znajomym i śledź nas na Facebooku i Instagramie!

Zapisz

Zapisz

4 komentarze to “Garmisch-Partenkirchen: narty, skocznia, Lüftlmalerei, Bierschnaps i okolice”

  • Ewa Jermakowicz

    Niezmiennie bawi mnie niechęć jednych miast do innych i nie jestem w stanie pojąć o co chodzi. Ale fajnie, że niektóre z nich potrafią obrócić to na swoją korzyść 🙂

    • Złota Proporcja

      takie rzeczy się niestety zdarzają, jak nie wiadomo o co chodzi, to o pieniądze lub dumę, ale jak widać da się to zmienić i zacząć żyć w zgodzie 🙂

    • Ewa Jermakowicz

      Nadal nie pojmuję 😉 Ale ja wielu rzeczy i ludzi nie rozumiem, więc wcale mnie to nie dziwi.

  • Emilia Wk

    Po pierwsze – Super widoki ze skoczni. Po drugie – Super historia połączenia miast. Po trzecie – aż mi tu pysznym jedzeniem pachnie 🙂

Dodaj komentarz